o pająkach i szczęściu

Jesień to czas pająków, a tych u nas nie brakuje. Dodajmy, że nie jestem ich fanką, ale że sporo czasu spędzam w domu, to też i raz po raz natykam się na jakiś egzemplarz. Dziś na przykład jednego prawie połknęłam, bo nie zauważyłam, że na mieszkanie wybrał sobie szklankę, z której zwykle piję. Nie widziałam go, gdy nalewałam wodę, nie widziałam go również, gdy podnosiłam szklankę do ust. Poczułam go za to tuż przy moich wargach i jakoś szybko poznałam, że wody tak się nie czuje. Był całkiem spory, myślę, że nieźle podtopiony, ale jednakże udało mi się go uratować (za pomocą pęsety, bo w palce pająków nie biorę). Ot taka historyjka.

Mniej szczęścia miał inny pająk, wielokrotnie większy od dzisiejszego, choć wciąż sporo mniejszy ode mnie. Znalazłam go 2 dni temu na kanapie, pod poduszkami, na których miałam zamiar się położyć, korzystając z Zuzinej drzemki. Uciekł przede mna na podłogę i przysięgłabym, że słyszałam jak tupie. Oczywiście odpoczynek wykluczyłam natychmiast, do czasu aż zwierzę się znajdzie i opuści teren. Dziecko spało, a ja polowałam. Po pół godzinie ostrożnego odsuwania kanapy; zaglądania pod nią, fotel oraz szafki; i świecenia w każdy kąt latarką, znalazłam to monstrum rozpłaszczone na ścianie jakieś pół metra nad moją głową. W trakcie całej tej akcji serce waliło mi jak młotem, bo choć niby się pająków specjalnie nie boję, świadomość, że COŚ takiego jest w pobliżu, a ja tego nie widzę i nie wiem co PLANUJE, mnie trochę mroziła. Więc kiedy w końcu go znalazłam, z podziwu godnym spokojem przystąpiłam do eksmisji. Największa szklanka (!) jaką mam w domu ma średnicę rantu 9 cm – to wydaje mi się sporo, zważywszy na fakt, że wiszący na ścianie pająk zmieścił się w niej ledwo – ledwo. Udało mi się go ostrożnie wynieść na zewnątrz, gdzie wypuściłam go pod krzakiem przy parkingu.

Dygresja. Generalnie nie zabijam żadnych stworzeń, chyba że istnieje grośba interakcji stworzenia potencjalnie niebezpiecznego z dziecionką. Wtedy zamieniam się w terminatora, lub gdy Kolega jest w pobliżu – w sędziego wydającego wyrok ostateczny – i zwierzę ginie. Ale to są przypadki sporadyczne i ten nie był jednym z nich. W końcu dziecionka spała, a zwierzę zostało zlokalizowane i bezpiecznie usunięte z terenu.

Tymczasem przy parkingu bawili sie chłopcy z sąsiedztwa i na widok uciekającego na wolność potwora, jeden z nich rzucił się za nim w pogoń i oświadczając głośno, że się pająków boi - brutalnie go rozdeptał. Nie wiem, czy możecie się postawić w mojej w tamtej chwili sytuacji, ale zrobiło mi się koszmarnie przykro i tak jakoś bezsilnie, że nawet nie mogłam na gówniarza nawrzeszczeć. Żałowałam tylko, że nie wypuściłam zwierza z drugiej strony – pod tarasem. Może żyłby sobie spokojnie jeszcze długie jesienne dni.
Ot – taka druga pajęcza historia…

A teraz trochę weselej, bo trzeba nadgonić zobowiązania. Oto moje kolejne szczęśliwe momenty w ostatnich dniach:

Dzień 3:
Prezent od Kolegi. Mój nowy przyjaciel i towarzysz tych niewielu wolnych chwil, które mam. Również dzielny współpracownik i silna maszyna, która ma ułatwić mi życie. Ale dla mnie przede wszystkim – pierwsza nowa zabawka od baaaardzo dawna, tylko i wyłącznie dla mnie.
Oto mój najnowszy telefon!
Z dziecionką – rzecz jasna – na froncie ;)

Day 3

Właśnie z nim spędzałiłam leniwą godzinkę w niedzielę.

Dzień 4:
Buggy boot camp, czyli godzinka szybkiego marszu przy okazji spaceru z Zuzią. To zawsze robi mi dobrze. 

Day 4

Dzień 5:
Czyli wczoraj. Odwiedziła nas sąsiadka Monika. Jeden z milszych towarzyskich nabytków ostatnich miesięcy. Była kawka, ciasteczka (a jakże!) i oczywiście pogawędka.

Day 5

Dzień 6:
Dziś znów poszłyśmy z Zu na długaśny spacer. Po drodze znalazłam zdrowy sklep – bardzo cenny, bo zaledwie 20 minut od domu, a poza tym nieźle zaopatrzony. Wylądowałyśmy na placu zabaw, gdzie huśtawki, zjeżdżalnia i inne dzieci, więc dziecionka była w swoim żywiole. W drodze powrotnej popsuł mi się but, więc spacer się jeszcze wydłużył, ale raczej mnie to rozbawiło niż zmartwiło. Kto na 3-godzinną wędrówkę wychodzi w klapkach??

Day 6

dzień drugi

Wczesnym popołudniem Kolega zabrał Zuzię na spacer i przed wyjściem przykazał nie robić nic. No, chyba, że dla siebie.

Zatem grzecznie zrobiłam sobie kawę, zabrałam kocyk, czekoladowe ciastka ryżowe i książkę, i umościłam się na osłonecznionym tarasie. To były pierwsze dwie godziny sam na sam z lekturą od czasu narodzin małej.

Chciałabym zapewnić, że tematyka książki daleko odbiega od linii mama -dziecko, ale… to nieprawda. Książka jak najbardziej traktuje o macierzyństwie, ale jakby w odpowiedzi na moje ostatnie przemyślenia, o macierzyństwie, które zostawia matce odrobinę przestrzeni dla siebie i swoich spraw.

Nie muszę chyba dodawać, że zrelaksowałam się, jak już dawno mi się nie zdarzyło.

Day 2

Wyzwanie

A jednak – po dłuższym namyśle – postanowiłam podjąć wyzwanie stu radosnych dni, ale w wersji troszkę utrudnionej. Jako, że moja córcia jest źródłem nieustającego szczęścia, postanowiłam poszukać powodów do radości także w innych obszarach mojego życia, mocno aktualnie zaniedbanych. Zrobić coś dla siebie – sprawić sobie przyjemność, lub chociażby zadbać o siebie trochę – to taka najbardziej kusząca sfera. Ale są też inne, nie mniej oczywiste: dom, mój związek, przyjaciele i znajomi. Wszystko leży odłogiem, bo nieudolnie próbuję być Matką Wielkim Ptakiem. Może gdy zbalansuję odrobinę siebie – mamę, z sobą – kobietą, będzie mi troche łatwiej i na polu macierzyństwa. A może nie będzie, ale przynajmniej troszkę się zatroszczę i o siebie. Oczywiście nie oznacza to, że będę rejestrować wyłącznie wydarzenia nie związane z Zuzią. Tak się rzecz jasna nie da, bo ona jest najważniejszą częścią mojego życia. Chcę po prostu wpuścić w nie też inne ważne dziedziny. Sama jestem ciekawa, co z tego wyjdzie.

Tak więc zarejestrowałam się na 100happydays.com i będę dostarczać im danych na temat małych i dużych radości, które mnie spotykają. Trudność polega na tym, że trzeba szczęśliwe chwile uwiecznić na zdjęciach i do programu wysyłać właśnie je. Ja będę je również umieszczać tutaj, na blogu, by mieć pamiątkę z tej „radosnej” akcji, oczywiście jeśli ją ukończę, bo okazuje się, że aż 71% tych co zaczynają nie ma czasu, by dotrzeć do finiszu.

Anyway, dziś był dzień pierwszy, bardzo bogaty w radosne wydarzenia.
Najpierw przyszła paczka z upragnioną maszynką do mielenia. Wiem, wiem, dziwne to trochę, że można pragnąć i marzyć o maszynce do mielenia. Ze mną tak właśnie było, głównie dlatego, że jest mi potrzebna, a bardzo trudno zrealizować tę potrzebę tutaj, gdzie do wyboru były 2 (słownie dwie), a od miesiąca to właściwie już nie ma wyboru bo dostępna jest tylko jedna… Tak więc dziękuję Ci Carol serdecznie za ten prezent. Na Wasz – mam nadzieję – kiedyś przyjazd, przygotuję coś przy użyciu tego drogocennego sprzętu.

Pogoda znów zrobiła się piękna, więc wyruszyłyśmy na spacer – tym razem z Iwonką i Jess w Sixmilebridge. Był plac zabaw i debiut Zuzi na zjeżdżalni, były lody i minipiknik nad strumyczkiem, gdzie kaczki i gęsi – zupełnie domowe. Ale przede wszystkim był dwugodzinny spacer i miłe towarzystwo, i babskie (nie tylko matczyne) pogaduchy.

slide1

Wreszcie – nie oprę się, no skąd – Zuzia skończyła 9 miesięcy. To by oczywiście wystarczyło za cały happy day, ale jestem dzielna i o wrażeniach opowiem przy innej okazji ;)

#100happydays

Spodobał mi sie pomysł tego wyzwania i pomyślałam, że też je podejmę, bo fajne jest. Po chwili zastanowienia jednak zrezygnowałam. 100 dni szczęścia pod rząd? Przecież ja od co najmniej 200 jestem szczęśliwa jak crazy, tyle, że powód jeden i ten sam. Co za tym idzie fotki obrazujące radosne chwile byłyby również niejako o tym samym.
Jak zresztą wiekszość fotek, które ostatnio popełniam.

Więc nie. Poczekam aż wrócę do pracy. Wtedy to rzeczywiście będzie wyzwanie.

Tymczasem z rzeczy małych – w lipcu dwukrotnie musiałam odwiedzić mechanika: najpierw mój samochód nie przeszedł NCT, bo wymagał wcale nie drobnych napraw, a kiedy w końcu zdał test (Alleluja!), przy kolejnej próbie odpalenia odmowił współpracy, bo stacyjka się „zużyła”, jak to ładnie określił mój mechanik. Nie muszę dodawać, jak pożądane są teraz dodakowe wydatki?

Zaś z rzeczy dużych – Zuzia zwariowała na punkcie pewnej trąbki, która sama gra melodyjki. Sama, to znaczy po wciśnięciu jednego z trzech guziczków. Zuzia wciska guziczek, po czym zajmuje się czymś innym. Gdy melodyjka się kończy, ponownie wciska guziczek i wraca do poprzedniego zajęcia. I tak w kółko. Jeśli melodyjka jej akurat nie podejdzie (a utalentowana trąbka umie ich zagrać kilka), Zuzia wciska guziczek dopóki nie zabrzmi taka, która jej się podoba i… wraca do poprzedniego zajęcia.
Uwielbiam moją córkę i jej trąbkę. Dzięki, Carol :)

od kuchni, czyli eko-mama

Rozszerzanie diety mojej córeczki ma duży wpływ na to, jak postrzegam samą żywność. Nie, żebym stała się od razu szaloną ortodoksyjną ekolożką w kuchni, choć wiele – jak siebie nazywają – „normalnych” matek pewnie do tej grupy mnie chętnie zaliczy, ale zdecydowanie zmienia się moja świadomość na temat żywienia. Coraz więcej w mojej lodówce produktów spod szyldu „organic” i jeśli nie są one przeznaczone bezpośrednio dla mnie, to na pewno kupuję je z myślą o Zuzi. Jajka i mięso – tutaj nie ma zmiłuj. Na mojej shopping list też coraz częściej warzywa z ekologicznych upraw, pełnoziarniste pieczywo i cała masa owoców, też starannie wybieranych. Wszystko to z troski o zdrowie małej, choć też ne bez znaczenia jest fakt, że chciałabym budować dobre nawyki żywieniowe w naszej rodzinie.

To pewnie kwestia wieku, choć być może niektórzy pamiętają, że ja miewam cyklicznie hopla na punkcie zdrowego żywienia; nie mniej jednak, gdy masz 40 lat i prawie 9-miesięczne niemowlę, twoje zdrowie w kategorii spraw ważnych wędruje na chwalebne pierwsze miejsce. Dziecko jest, rzecz jasna, poza konkurencją. Mam zatem mniej czasu (gotowanie to czasochłonne zajęcie) i pieniędzy (zdrowe produkty są z jakiegoś niezrozumiałego powodu droższe), ale za to sporo satysfakcji i trochę więcej spokoju ducha. 

Nie, nie jestem w kwestii jedzenia święta, mam swoje słabości, a jakże. O ile bez soli jestem w stanie się obejść, o tyle bez cukru zyć nie umiem. I nie chodzi tu o białe kryształki dodawane do herbaty, bo tych prawie nie używam, ale o słodycze w każdej możliwej chyba postaci. Nie potrafię się z nimi rozstać, a promowanie zdrowego żywienia w ich kontekście ograniczam do czasowego ukrywania ich istnienia przed dzieckiem, więc w efekcie ciasteczka wyciągam z szafki gdy mała już śpi, czyli wieczorem. A jak wiadomo noc to najlepsza pora na spożywanie łakoci. szczególnie gdy wciąż ma się 5 kilo do zrzucenia po ciąży… 

A tymczasem moje 9-miesięczne niemowlę (choć jednak coraz bardziej mowlę) raczkuje i jest niemalże wszędzie, gdzie doraczkować się da, podciąga się do stania, jeśli ma się czego przytrzymać, i potrafi przemieścić się o parę kroków, przytrzymując mebla. A także, zgodnie z poporodowymi życzeniami, jest dla nas nieustającym źródłem radości. 

Merry Christmas

Jakoś tak wcześniej w tym roku. Najpierw w Trójce słyszę tak około południa, że snow is falling all around me, children playing, having fun i myślę sobie, że się im chyba pomyliło coś, ale nie dociekam. I teraz, wieczorem, słyszę jak Kolega uspokaja płaczącą Zuzkę na nutę Cichej Nocy… Czy ja o czymś nie wiem?

Dodam tylko, że bardzo by mnie nie zdziwiło,  gdyby sie okazało, że właśnie dobijamy do Wigilii. Bardzo zmartwiło, ale nie zaskoczyło. Z czasem też się coś dziwnego dzieje i mówiąc krótko – nie ogarniam.

Ale jestem bardzo szczęśliwa – dawno o tym nie było, prawda?

oszustny wpis w celu zachowania ciągłości, czyli czerwiec

A czerwiec, w tym roku bardzo towarzyski.

Dla mnie zaczęło się już w maju, w okolicy urodzin. Na parę dni przyjechała Dominika, zawitało też kuzynostwo z dalekiej Polski, a w dniu urodzin nawiedzili mnie prawie wszyscy ci, których tego dnia widzieć chciałam i których zobaczenie było względnie realne. Zatem bosko. Wszystko udało się super, przynajmniej z mojego punktu widzenia, ale w końcu to moje urodziny, więc uznaję, że moje zdanie w tym względzie liczy się najbardziej.

Niedługo później przyleciała ze swoim – moim ulubionym – mężem Toja. Wyczekana to wizyta, bo sis moją kochaną widziałam ostatnio przy okazji pożegnania mamy, więc wreszcie było naprawdę radośnie i cudownie beztrosko. Absolutnie fantastyczny czas, choć zdecydowanie miałyśmy go dla siebie za mało, ale cóż, młodość gnała moich gości dalej – w podróż życia poprzez Europę, by zawitać znów w lipcu na parę dni przed powrotnym lotem  do Chicago. Znów było wycieczkowo i wieczorowo – gadkowo. Towarzyszyła nam oczywiście Zuzia i pewnie była moim centrum świata, ale mam nadzieję, że to zrozumiałe. Ja w każdym razie bawiłam się świetnie.

A potem przyszedł czas na spakowanie waliz(ek) i na tak zwane wakacje. Balam się ich okrutnie, bo to samotna z Zuzią wyprawa. Ja – niedoświadczona mama, a córa pierwszy raz w dalekiej podróży i to w dodatku bez taty, i to w dodatku na 3 tygodnie. Ku mojej ogromnej uldze było super. Oczywiście jak zwykle dlatego, że mam cudownych przyjaciół i fantastyczna rodzinę. Przez cały ten czas czułam się zaopiekowana, mile widziana i niejednokrotnie rozpieszczana. Po tysiąckroć dzięki Wam, kochani! Przy tym Zuzia to urodzony obieżyświat! Samą podróż zniosła zaskakująco lekko, a wszędzie tam gdzie gościłyśmy dostosowywała się błyskawicznie i była po prostu bezproblemowa. Wróciłam z nie tym samym dzieckiem – rozwojowo pogalopowała i to zapewne nie tylko dzięki mnogości nowych miejsc, i spotykanych ludzi, ale i dzięki dzieciom, z którymi spędziła większość naszego polskiego czasu, i których bardzo jej po powrocie brakuje.

Trzy tygodnie razem – bez dodatkowych obowiązków, bez stresów i napięć, bez chorego pośpiechu. I choć również bez dodatkowej pomocy w postaci Kolegi, to jednak cudny i bardzo odprężający to był czas. Zbliżyłyśmy się do siebie jeszcze bardziej, jeśli to w ogóle możliwe i jakby… zgrałyśmy. Wszystko na tych wakacjach szło nam gładko, jak dobremu teamowi. Chciało by się, by tak pozostało, by Limerycka codzienność nam tej harmonii nie zmąciła.

Po powrocie okazało się, że – czasowo, na szczęście – akcje taty spadły i dziecko w sprawach kluczowych uznaje tylko mamę. Ot, skutki tego zżycia i zgrania. Do zabawy tatuś jak najbardziej, ale jak tylko coś nie zagra w 100 procentach to już płacz, rozglądanie się, szukanie mamy i wyciąganie do niej rączek, gdy ta w zasięgu wzroku. Bardzo to ujmujące rzecz jasna, ale i uciążliwe niestety, bo tutaj mam trochę więcej obowiązków niż przewijanie, karmienie i usypianie dziecionki.

Powoli wszystko wraca do normy – sterty prania do zrobienia, obiady do ugotowania itp, itd… Znów wsiąkam w irlandzką rutynę, ciesząc się ciepłem naszego lata i tęskniąc za towarzystwem, bo tutaj chwilowo pustki – ludzie albo jeszcze nie wrócili z wakacji, albo za chwilę na nie wyjeżdżają. Obie z Zuzią tęsknimy, ale na szczęście mamy siebie, w końcu tworzymy bardzo zgrany team ;)

Mama Wielki Ptak

Chciałabym być Mamą Wielkim Ptakiem. Taką, która zawsze wie co robić, a emocje nią nie targają. Ciepłą i opiekuńczą, ale zdecydowaną, gdy trzeba zakroplić oczko, obciąć paznokietki, lub podać obrzydliwe lekarstwo. Taką co się nie rozkleja, nie traci zimnej krwi i umie odróżnić pierdołę od sprawy naprawdę istotnej. Taką co nie panikuje, gdy dziecko z siadu nagle pada na wznak i która bez mrugnięcia okiem odkłada wszystkie ważne rzeczy, aby odpowiedzieć na wezwania swego pisklaka. Taką, przy której jest bezpiecznie. Pewną siebie i tego co robi. Która wie jak zareagować gdy dziecko się krztusi i która zna odpowiedź na pytanie: szczepić czy nie szczepić. Która nie boi się samotnej wyprawy z dziecięciem choćby na koniec świata, a nie tylko do Polski. I taką bez głupich słabości, typu tabliczka czekolady przed snem.
Idealną mamą chciałabym być, taką na jaką moja córka zasługuje. Nazywam ten ideał Mamą Wielkim Ptakiem. Daleko mi wciąż do niego, ale staram się, naprawdę.

U nas wszystko dobrze. Zuzia skończyła dziś pół roczku, a życie z nią jest coraz bardziej fascynujące. Ona za to sprawia wrażenie, jakby moja obecność solo ją nieco nudziła. W towarzystwie jest roześmiana, zadowolona i zainteresowana wszystkim wokół, a ja mogę w zasadzie nie istnieć. Za to, gdy zostajemy same zaczyna się marudzenie, kwękanie i trudno ją czymkolwiek zająć na dłużej. Ot – taki towarzyski typ.

Czas pędzi i niezmiennie mnie to zaskakuje. Trochę też przeraża, głównie w kontekście perspektywy powrotu do pracy. Już wiem, że nie moge wrócić na część etatu, ale za to mogę wydłużyć śwój urlop, na co się zdecydowałam. Oznacza to, że wracam do pracy w marcu, czyli kiedy Zuzia będzie miała 16 miesięcy. Wciąż wydaje mi się to bardzo wcześnie, ale już nie ma tragedii. Zresztą przez te 10 miesięcy może się wiele wydarzyć. Wiele dobrego. Jakiś cud, który pozwoli mi radośnie pozostać z córcią w domu jeszcze dłużej.

Co jeszcze? Za 3 dni skończę 40 lat. To duża rzecz. Tak mi się wydaje. Być w miejscu, w którym jestem, w wieku, który osiągam. Z tymi ludźmi, którzy wciąż przy mnie, z tymi dla których naprawdę wiele warto. A przede wszystkim z tymi, którzy najbliżej – teraz i mam nadzieję już zawsze. Czuję się spełniona. po raz pierwszy w życiu prawdziwie spełniona. Chociaż jedna cecha Mamy Wielkiego Ptaka, którą bezwzględnie posiadam.

wpis o tym co zwykle, więc jeśli go nie przeczytasz na pewno nic nie stracisz

Najpierw wyjaśnię. Otóż nie piszę nie dlatego, że nie mam o czym, albo, że źle mi okrutnie co zwykle skutkuje wycofaniem z milczeniem – nie, nie, nie. Moje życie jest akualnie superatrakcyjne, ale obawiam się, że głównie dla mnie. Zatem zamiast zanudzać Was wpisami o tym samym, bądź pisać o czymś co kompletnie mnie nie kręci, redukuję liczbę notek.

A kręci mnie moje dziecko. I w tej chwili to w zasadzie jedyne co w kręgu moich zainteresowań. Moje hobby i pasja, moje najfajniejsze wszystko. Nuda, co nie?

No bo tak po prawdzie, to te dni niewiele się od siebie różnią. Albo jedziemy na masaż, albo na mamy karmiące, albo do którejś z koleżanek. I na zakupy czasem i na spacery coraz częściej bo pogoda jakby lepsza. Poza tym co dzień to samo: karmienie, przewijanie, zabawa, usypianie i tak w koło macieju, z przerwami na spanie i jedzenie.

A jednak to najbardziej pasjonujący okres w moim życiu. Te drobne zmiany, gdy Zuzia ptrzewracając się z plecków na brzuszek sięga rączką centymetr dalej; ta różnica w nastroju, gdy ząbek rośnie, gdy brzuszek boli, albo gdy tańczę dla niej jezioro łabędzie, a ona piszczy ze śmiechu. To spojrzenie codziennie troche inne, trochę bardziej przytomne, ciekawsze. To guganie, te kupki, te ciuszki, z których niezauważenie wyrasta, tak, że niejedno piękne ubranko udało nam się przegapić. To, że siedzi coraz stabilniej i sięga po coraz więcej. I chce. I zdobywa. I złości się. I cieszy.
Codziennie trochę inaczej.

Każdy dzień prawie taki sam, wypełniony tymi samymi obowiązkami, w tych samych okolicznościach. A jednak czas płynie jak na najwspanialszych wakacjach i chciałaby się zatrzymać każdą z tych chwil na dłużej.

Zuzia jest z nami blisko pół roku. To tak krótko, ale dla mnie jakby zawsze. Bo życie przed nią zaciera się już w pamięci, a sprawy wtedy istotne już całkiem się nie liczą. Nie pamiętam czy tak sobie to wszystko wyobrażałam, ale dziś nie wyobrażam sobie, że mogłoby być inaczej.

Do następnego wpisu. Obiecuję, że równie nudnego.

co usłyszał Gerwazy

- Słuchaj, a jak już skończysz karmić piersią to będę mógł wypróbować tę twoją pompkę? Czy coś wyciągnie?
- Jak dla mnie możesz już teraz. Przecież wiadomo, że nic nie poleci.
- No nie z piersi przecież…