|
::krokodyle:: |
|
księga gości 2012 styczeń 2011 grudzień listopad październik wrzesień sierpień lipiec czerwiec maj kwiecień marzec luty styczeń 2010 listopad październik wrzesień sierpień lipiec czerwiec maj kwiecień marzec luty 2009 grudzień październik wrzesień sierpień lipiec czerwiec maj kwiecień marzec luty styczeń 2008 grudzień listopad październik wrzesień |
na kanapie siedzi leń Słodkie lenistwo ponoworoczne mię dopadło i wyraźnie się z nim zaprzyjaźnilam. Już trzeci tydzień odkładam zebranie się do tzw. kupy i podjęcie działań konstruktywnych, ale... jakoś nie mogę. Kolejne poniedziałki upływają na skutecznym wyszukiwaniu usprawiedliwień dlaczego dziś nie jest odpowiedni dzień, zaś od wtorku jakoś się nie składa... Więc może po niedzieli?
Najchętniej zrzuciłabym wszystko na Doktora House'a. Albo na "Grę o tron" w wersji na papierze, bo to z nimi najwięcej marnuję czasu. Ale jakie piękne to marnotrastwo! Za oknem bura jesień (jak zwykle), a kanapa wygodna, kocyk cieplutki, lody czekoladowe. Czy to naprawdę taka wielka zbrodnia poodmóżdżać się przez chwilę po wydarzeniach co w konsekwencji zmuszają do odmóżdżenia? Więc zaslonię się raczej zmęczeniem, czy może trochę wypaleniem, a może prawem każdego wolnego czlowieka do nic-nie-robienia od czasu do czasu. Zaś Gregory House po prostu dotrzymuje mi towarzystwa.
Poza tym nie jest jednak tak, że leniuchuję totalnie. Przecież pracuję. I to z przyjemnością, co zaczyna być niepokojące. Poza tym załatwiam Sprawy, co przypomina ostatnio prace na wyrobisku - zmagam się z materią i czynnikiem ludzkim. Materia to głównie moje niedawno nabyte auto, czynnik ludzki zasiada przeważnie w telefonicznych centrach obsługi klientów. Wystarczająco dużo energii zużywam na powyższe, żeby zostało mi jej akurat na uniesienie w dłoni pilota.
Rozgrzeszające? W moich oczach jak najbardziej. I to mi chwilowo w zupełności wystarczy.
________________________________________
krokodyle 2012-01-22 01:58:24 skomentuj (2) Nowy Rok Davida David pożegnał swoją dziewczynę jakiś miesiąc temu. Przypadkiem, w drodze do mechanika mijałam kondukt - szedł w pierwszym rzędzie. Zmarła na raka, nie dożywając ćwierćwiecza. David wziął kilka dni wolnego, ale gdy wrócił, był pogodny jak zwykle, pracowity jak zawsze, pomocny jak mało kto. Patrzyliśmy na niego z podziwem i pokorą wobec jego siły i niezłomności w tym spotkaniu ze śmiercią.
Nowy Rok, godzina 10 rano, śniadanie w restauracji, próbuję zapanować nad gośćmi tłoczącymi się przy drzwiach. W tym samym czasie młody chlopak na nabrzeżu 50 metrów od nas zapala kilka świec, potem skacze do rzeki. Niecałą minutę później jest już przy tarasie baru. David to widzi, biegnie mu na pomoc, rzuca koło ratunkowe, wyciąga do niego ręce. Ale chlopak tylko patrzy, ręce ma skrzyżowane na piersiach i nie sięga po unoszące się obok koło. Chwilę później znika pod powierzchnią wody, a oddział ratunkowy, ten sam, który tydzień temu szukał tu wigilijnej samobójczyni, choć przybywa 5 minut później, potrzebuje już całej godziny na to by odszukać ciało chłopaka.
Magda, szczera i otwarta dziewczyna widzi zmagania Davida, w odruchu serca, nieśmiało chce go przytulić. David patrzy na nią przez chwilę, uśmiecha się pogodnie i mówi: A właściwie czemu nie? Potem idzie do domu, bo choć na jego twarzy ani śladu dramatu, nie jest dziś już w stanie przebywać w tym miejscu.
Nie chcę sobie nawet wyobrażać, jakie ma przemyślenia na temat życia, o które jedni walczą na jego oczach zażarcie, inni równie zażarcie je sobie odbierają. I na temat śmierci, która tak blisko, krok w krok przy nim, jak cień. Ale mam nadzieję, że gdy go znów pod koniec tygodnia zobaczę, będzie miał na twarzy ten swój pogodny uśmiech.
________________________________________
krokodyle 2012-01-02 14:41:09 skomentuj (4) słodko-gorzko Sylwester, wracam z pracy 20 minut po północy, kończąc tym samym koszmarny wieczór i całkiem dobry, niezwykły rok. Nowemu - analogicznie -dobrze wróży fakt, że rozpocznę go fatalnie, bo pracą od 6.30. Oczywiście poranek wśród niewytrzeźwiałych klientów i półprzytomnych koleżanek może być znacznie lepszy od dzisiejszego wieczoru, ale to nie będzie duże jego osiągnięcie bo trudno znależć okoliczności, w których mógły być gorszy. Ale nic to, upiorny wieczór został w starym roku. Smutny i w moim mikroświecie pracy nasycony fetorem rozkładu, trudno uciec myśli, ze to zapowiedź czegoś większego, że może to, co śmieszy u proroków, znajdzie gdzieś wreszcie potwierdzenie i kolejnego Sylwestra nie będzie. Przyjaciel zwierza się, że świat go załamuje. Myśle, że świat ledwo daje radę sam ze sobą. Ja mam na szczęście dużo wiary w ludzi - wciąż wszystko w naszych rękach, naprawdę możemy więcej dobrego niż się nam samym wydaje.
Na fali tego optymizmu podejmuję noworoczne postanowienie - za rok nie będę pracować w Sylwestra. Młodziutka pani menadżer, dla której świat gdzieś między pracą a ośmiopakiem redbulla się kręci odpowiada z przekonaniem, że tak się zawsze mówi, ale to i tak się nie zdarzy. Fran nie wie, że moje postanowienie ma trochę szerszy wymiar - za rok nie będę tu już pracować, może wręcz zdążę o tej pracy zapomnieć. Mogę się nawet założyć - jeśli rok 2013 rozpocznę w tym samym miejscu, będzie to dla mnie taka kastrofa, że przegrany zakład niczego nie zmieni. Ale Fran już nie ma, krąży gdzieś w swoim świecie, już zapomniała, że w ogóle rozmawiałyśmy. Potem śmiejemy się wszystkie na tarasie, pijemy szampana, glośno krzyczymy, że happy new year! Niektóre nawet żarliwie. Próbuję zapalić papierosa - usprawiedliwiam się końcem roku, końcem koszmarnej zmiany, eksperymentuję. - Teraz już wrócisz do palenia - wyrokuje Fran. Jak te siksy wszystko wiedzą. Symbolicznie niemal ciało się broni - po 6 zaledwie miesiącach abstynencji duszę się i papieros ląduje w Shannon.
W domu pusto, namówiłam Kolegę na imprezę u kumpli. Jest Baileys, jest internet, wciąż 4 godziny snu. Nawet na osiedlu robi się już cicho. To ten etap, gdy imprezy przenoszą się do kuchni, a czasem i łazienek. Jest ciszej, bełkotliwiej, bardziej chwiejnie. Dla mnie to dobry czas, by zasnąć, nie używając zatyczek do uszu.
Dobrych postanowien Noworocznych Wam życzę, takich, które dacie radę zrealizować.
________________________________________
krokodyle 2012-01-01 02:36:26 skomentuj (0) "...nikt się nie dowie jako smakujesz, aż się popsujesz..." Po dwóch dniach w łóżku poczułam się lepiej, więc w piątek poszłam do pracy. Tam poczułam się gorzej, więc wyszłam wcześniej niż wszyscy, załatwiając sobie ewentualne ulgowe traktowanie na sobotę. Ale w sobotę rano było trochę lepiej, więc pognałam do pracy na pełne 9 godzin, mając na uwadze, że choć ten Belfast za grosze, to jednak na benzynę przydało by się zarobić. Skutek był taki, że w niedzielę nie wiedziałam jak się nazywam i po 3 godzinach w pracy zostalam z niej wygoniona prosto do łóżka, gdzie spędziłam resztę dnia we łzach, bólu i darciu oskrzeli. Dziś niby lepiej, zaraz wyruszam na wieczorną zmianę i tylko mogę się domyslać jak będzie jutro.
Wszystkie podstawowe leki już zużyłam bez większych jak widać efektów, więc sięgnęlam po działo w postaci antybiotyku. Uwarzyłam też rzygotwórczy sok z cebuli jako lek ostatniej szansy i sięgnęłam po amol, nad którego naparem wiszę teraz dwa razy dziennie. To seria prawdziwych poswięceń. Mam już naprawdę serdecznie dość chorowania.
Wszystkim na święta zdrowia przede wszystkim.
_______________________________________
krokodyle 2011-12-19 17:44:28 skomentuj (4) nie jest tak źle No i leżę chora... Znowu szpital w domu, oboje ledwo żyjemy. Ale to nic. Bywało gorzej.
Bo tak naprawdę wcale źle nie jest. Prawie tygodniowa wizyta Agnieszki i krótkie odwiedziny Dominiki i Michała utwierdzily mnie w przekonaniu, że pewne rzeczy się nie zmieniają. Nie ma znaczenia jak długo nie widzisz swoich przyjaciół - gdy już się z nimi spotkasz jest tak, jakby od ostatniej rozmowy minął tydzień. Szkoda, że nie jest tak rzeczywiście, no ale nie można mieć wszystkiego. Dom opustoszał, zrobiło się cicho, a życie szybko wskoczyło w codzienne tory. Choć dzisiejsza codzienność różni się nieco od tej sprzed miesiąca.
Więc nowy dom. A właściwie mieszkanie. Dwupoziome, przestronne i przede wszystkim ciepłe. Landlord irytujący, ale chyba odpuszczę sobie egzekwowanie jego pustych obietnic. Zwyczajnie mi się nie chce i chyba niespecjalnie warto. Oczywiście finansowo na całej tej niechcianej przeprowadzce znacznie straciliśmy. Ale niezależność, którą przy tej transakcji nabyłam, już mi się przydaje.
Bo otóż... Alleluja! Ruszyło wreszcie biuro! Cud jaki albo co, bo wiadomość przyszła nagle i zupełnie niespodziewanie, wręcz krzyżując mi krótkoterminowe plany. Wszystko oczywiście udało się pogodzić i do mojego cotygodniowego rozkładu wpadło 15 regularnych godzin. Jestem obecnie na etapie zakochiwania się w mojej zupełnie nowej roli, choć dwudniowe szkolenie w Dublinie pokazało dość jasno, że nie będzie ona specjalnie łatwa. Jednakże jest to jedno z tch wyzwań, które podejmuję chętnie i z dużą dozą optymizmu. W końcu marzyłam o takiej pracy. Naturalnie, jej wymiar czasowy nie daje możliwości utrzymania się, ale jest szansa, że w przyszlości i to się zmieni. Bardzo proszę trzymać za mnie kciuki. Hotel oczywiście spada w mojej hierarchii na plan dalszy, ale nadal jest i nadal doceniam fakt, że moge tam jeszcze coś zarobić. Przyznam jednak szczerze, że przy pierszej okazji zamiany tej pracy na inną nie zawaham się. I zaczynam wypatrywać takiej właśnie szansy bardzo pilnie.
A tymczasem święta nadchodzą wielkimi krokami. Ani choinki, ani zakupów, ani porządków. Nic. Gdy jednak pada pytanie, czy już mam wszystko gotowe, odpowiadam zgodnie z prawdą, że owszem. No bo hotel już opłacony, kolacja świąteczna zarezerwowana, a plan podrózy rysuje się delikatnie, bez szczegółów, kolejnych punktów i konieczności ich realizacji. Najważniejsze, że znów jedziemy do Belfastu i spędzimy tam 2 dni z daleka od piekarnika, odkurzacza i narzekań,że prawdziwe święta to tylko z rodziną, w Polsce.
Bylebyśmy do tego czasu wydobrzeli. Kolega niedomaga już blisko 2 tygodnie, ja niecały tydzień... W tym czasie normalna praca, szkolenie, sprawy do dogrania. Dziś pierszy dzień dyspensy i mogłam zalec w łóżku.
Mimo wszystko naprawdę bywało już gorzej...
________________________________________
krokodyle 2011-12-14 11:36:11 skomentuj (5) disconnected Trzy dni bez internetu pokazały mi jak jestem przywiązana do tego medium, a wypadający uparcie z konwertera kabel przypomina, że TV też gdzieś w czołówce moich prywatnych technologicznych hitów. No cóż, dziecko cywilizacji jestem. Mogę sie obejść bez wynalazków, ale chyba nie lubię. Przynajmniej dopóki nie dopiszę sobie do tych wyrzeczeń jakiejś ideologii.
Bez większych zakłóceń okno na świat będę miała jeszcze jutro. A później to nie wiadomo, zobaczymy jak sprawnie nowy operator mnie podłączy.
No bo właśnie. Znaleźliśmy mieszkanie i jesteśmy w procesie przeprowadzkowym.
Chyba nawet już w połowie tego procesu.
________________________________________
krokodyle 2011-11-15 01:14:47 skomentuj (2) co słychać? No więc w sferze faktów jest średnio. Zmiany się kotłuja pod powierzchnią, czasem wypłynie jakiś bąbelek, czasem pęknie, zdecydowanie więcej smrodu niż nadziei przynosząc... Nierozerwalne dotąd praca z mieszkaniem biorą nagły rozwód i trza się zwijać. Się i cały majdan. Jakaś sucz z sąsiedztwa znudzona przydługim umieraniem w ramach self entertainmentu doniosła do urzędu miasta, ze hotel nielegalnie wynajmuje mieszkania. No i okazało się, że faktycznie jest problem, więc wszyscy won. No, prawie wszyscy, ale w tym przypadku "prawie" nie stanowi różnicy. W każdym razie nie dla mnie.
Rozwód, jak powszechnie wiadomo, oznacza koniec zobowiązań, więc tu akurat jest powód do radości. Zwijając majdan, mogę bardzo uprzejmie zawinąć się również i z hotelu - matki. I przyznam szczerze, byłoby to spełnienie marzeń. No ale jak wspomniałam, zmiany pod powierzchnią, więc wciąż nie bardzo wiadomo co z moją drugą pracą, a zbyt lubię jej ideę, by zarzucać tę perspektywę zanim sama definitywnie przejdzie do historii. Na razie niby coś tam, niby wkrótce, niby "pracujemy nad tym", ale wszystkie te zapewnienia, co w ogóle mnie nie dziwi, nie są poparte żadnymi konkretami. Irlandzki miesiąc trwa nawet do pół roku, nic dziwnego, że tu zawsze jesień plus trzy tygodnie zimy. Wszystko na tej zasadzie działa.
Więc koncentruję się na przeprowadzce, pracę generalnie olewając, co pewnie nie jest najwłaściwszą w dzisiejszych czasach postawą. Zresztą przeprowadzka też mi nie wychodzi, bo oferta rynku nieruchomości jest delikatnie to ujmując, nieatrakcyjna. Brak ruchu czyli jedno wielkie zaparcie, że użyję tej fizjologicznej analogii.
W cały ten burdel za 3 tygodnie przyjeżdża Agnieszka. Dla mnie to jednak słodka perpektywa.
A i pomoc sie przyda ;-)
________________________________________
krokodyle 2011-11-08 19:50:02 skomentuj (8) niezamierzone odkrycia Czego dowiedziałam się w ostatni weekend? Przede wszystkim, że mieszkanie w bloku pełnym znajomych ma swoje plusy, a to, że są oni znajomymi z pracy, rodzi kolejne. No bo gdy niespodziewanie nie możesz wejść do swojego mieszkania, sąsiedzi są pierwszym i podstawowym źródłem pomocy. A sąsiedzi, co znają specyfikę Twego miejsca pracy i Twojego domu są też kopalnią pomysłów. W tej kopalni urabiałam się po łokcie w piątek wieczór. Skutek był inny od zamierzonego, ale pozwolił mi odkryć drugą w ten weekend prawdę:
czasem dobrze, że pracuję w hotelu. No bo gdy już wiesz, że zepsuty zamek, mimo starań zaprzyjaźnionych różnorakich fachowców, nie wpuści cię na noc do domu, udajesz się po pomoc do administratora budynku. A że administratorem jest hotel, zapracowany w piątkową noc na tyle, by nie przysłać ci spodziewanego ratunku, otrzymujesz propozycję planu B, czyli noclegu w pracy. No i to doprawdy wspaniale, że nie musieliśmy spać na korporacyjnych biurkach lub magazynowych paletach - administrator będący jednocześnie moim pracodawcą zaoferował nam komfortowe łóżko w pokoju na dziesiątym piętrze z cud-widokiem na rozświetlone nocne miasto, a na osłodę wszelkiej niewygody - śniadanie zaserwowane przez moją własną supervizorkę. To otarło mi łzy tęsknoty za domem.
Ale żeby nie było zbyt słodko, dowiedziałam się czegoś jeszcze: mianowicie jak to jest, gdy lądujesz na noc w hotelu bez artykułów pierwszej w tym wypadku potrzeby, a przy okazji, ile towarów się w tym określeniu mieści. Na szczęście w Limerick jest jeden (a może dwa?) całodobowy supermarket, w którym mogliśmy zaopatrzyć się w szczoteczki do zębów, 2 komplety bielizny i mnóstwo innych gwarantujących "dzień dobry" drobiazgów.
Ostatecznie wszystko skończyło się dobrze. Następnego dnia kolega z działu technicznego pokonał wszelkie przeszkody, wymienił nam zamek w drzwiach i wreszcie znaleźliśmy się u siebie. I wtedy, mocno jak nigdy poczułam, że z domem nic nie może się równać.
Ale to akurat nie jest żadna nowa prawda.
________________________________________
krokodyle 2011-10-05 01:05:48 skomentuj (2) co usłyszał Gerwazy - Słyszysz? co to? Jakiś pies szczeka?
- Nie, no.... ty coś śpiewałaś...
_______________________________________
krokodyle 2011-09-27 16:47:51 skomentuj (2) o przemijaniu Poranny mail przynosi wiadomość o śmierci Stasia. Fakt, ze nie widzieliśmy się od 15 lat redukuje potencjalny wstrząs, ale wieść niewątpliwie mnie porusza. Kolega z licealnej klasy, tyleż zwariowany co kontrowersyjny, chłopak, któremu nie poświęciłam przez te lata żadnej samoistnej myśli, ale każde przywołanie jego imienia wzbudzało lawinę wspomnień. Barwna postać, rozrywka i inteligencja. Od dawna nie było go w moim życiu, teraz odszedł również z życia tych, którzy zawsze przy nim byli. Chorował na raka mózgu.
Wbrew wstępowi, wspomnieniom i minucie ciszy, która jego pamięci się należy, to nie jest wpis o Stasiu. Każda wiadomość o śmierci budzi myśl o przemijaniu, wiadomość o śmierci przedwczesnej przypomina, że to proces poza naszą kontrolą, że nie wiadomo ile czasu jeszcze pozostało. O nietrwałości wszystkiego co złożone myślę nader często, to część mojej codziennej praktyki, również medytacji. Wiem, że wszystko mija, zarówno dobre, jak i złe - sytuacje, emocje, stany. Wiem, że przemija moje ciało i staram się obserwawać to ze spokojem. Ktoś powie - łatwo ci, bo wciąż jesteś młoda. Przykład Stasia i wielu innych uczy, że wiek nie ma większego znaczenia i im szybciej ten fakt zaakceptujemy, tym spokojniejsze będzie dalsze życie, w tym przyjmowanie wszystkiego, na co nie mamy wpływu. Łatwe? Nie, nie oszukuję się. Wciąż nie mam dla siebie recepty na uśmierzenie bólu po stracie bliskich. A przecież przeciętny czlowiek staje wobec tego cierpienia przynajmniej kilkakrotnie. Perspektywa własnej śmierci wydaje się przy tym łagodnym żartem losu. Może dlatego dziś swe myśli kieruję przede wszystkim ku mamie Stasia - jedynej bliskiej mu osobie, którą znałam.
Czytając "na raty" w sierpniowym Zwierciadle artykuł o starzeniu się, trafiam dziś na fragment, w którym Eichelberger mówi: "Kluczowe jest zrozumienie i zaakceptowanie tego, że wszystkie istnienia są nietrwałe i przemijają. Dopiero przyjęcie do serca tej trudnej prawdy skłoni nas do zadawania sobie pytań o naszą prawdziwą tożsamość". I dalej : "Odkrywanie duchowowej tożsamości uwalnia ludzi od lęku, od potrzeby nabywania produktów mających zapewnić bezpieczeństwo, wieczne zdrowie, młodość".
Dla mnie w dziesiątkę.
Jestem bardzo wdzięczna za fakt, że mogłam zacząć odkrywać własną duchowość i czuję, że ona może dać mi prawdziwe schronienie. Tak się składa, że moja droga to buddyzm, bo on jest mi najbliższy, ale jestem głęboko przekonana, że to w co wierzymy ma mniejsze znaczenie od faktu samej wiary. Ona pomaga oswajać nieuniknione.
________________________________________
krokodyle 2011-09-26 19:19:38 skomentuj (5) I can feel like I have a soul that has been saved Siedzę w kinie z gęsią skórką na całym ciele, ciarki od stóp po koniuszki włosów. Głodna jestem tego dokumentu, głodna muzyki, jakby ta miłość bezkrytyczna, która mnie wypełnia wciąż była niewystarczająca.
Próbuję zdobyć się na dystans, na jakiś obiektywizm - kobieto, twoj wiek określa się powszechnie na "pod czterdziestkę" nie możesz kochać tak, że ci serce pęka zespołu muzycznego! Walczę z sobą przez chwilę, ale się poddaję. I płynę z dźwiękami, ze strugami deszczu w Seattle, przez historię ich twórczości, dojrzewania artystycznego splecionego z tym zwyczajnym, ludzkim, bo historia ta tak blisko mojej i czasów gdy wchodziłam w dorosłość, gdy sama pokonywałam kolejne etapy i punkty zwrotne.
Nie uwolnię się od tej miłości, bo gdy słucham ulubionych płyt, wypełnia mnie przetrzeń jak ocean - zamykam oczy i sunę nad falami, a świat ze swym bezkresnym dobrem i złem jest tylko równoległym wymiarem. I chcę móc tak latać, tak właśnie się czuć.
Pearl Jam Twenty, polecam z całych sił, naprawdę świetny materiał, również w oczach tych, którzy nie mają absolutnej korby na ich punkcie.
krokodyle 2011-09-21 19:12:46 skomentuj (0) Dublin i pola mocy Po środowej celebracji urodzin Pauliny, w przepięknym wiejskim domu jednej z jej przyjaciółek i w całkowicie babskim 2-pokoleniowym towarzystwie, w czwartkowe wczesne popołudnie zapakowałyśmy się do srebrnej strzały, by ruszyć do Dublina, na spotkanie z lamą Ole. Po ostatnich miesiącach zmagań z pracą, niestabilnością własnego organizmu i odbierającym wszelkie chęci zmęczeniem, przyszedł czas na podładowanie baterii, a wejście w pole energii nauczyciela buddyjskiego jest prawdziwym zastrzykiem sił. Dodatkowo, perspektywa spotkania z Irlandzką Sanghą, w tym ludźmi poznanymi przed rokiem w Bari, czy w czerwcu w Karma Guen, była dodatkową motywacją.
Historia mojego buddyzmu jest krótka, choć jej korzenie sięgają daleko wstecz, do czasów ośrodka w Łodzi, jego i mojego szefa, związanych z buddyzmem przyjaciół, wreszcie byłego męża. Też pierszego spotkania z Ole, które pamiętam dziś bardziej jako wrażenie, niż fakt. Buddyjska filozofia zawsze była mi bliska i choć typem medytującym nigdy nie byłam, znałam teoretycznie wszelkie korzyści płynące z praktyki. W ciepły uścisk Dharmy, a konkretnie linii Karma Kagyu wpadłam przed rokiem, kiedy zainspirowana praktyką Poli, wzięłam udział w kursie Phowa we Włoszech, prowadzonym przez Olego właśnie. Wtedy przyjęłam Schronienie, otrzymałam nowe imię i po raz pierwszy naprawdę poczułam moc medytacji. Od tamtego momentu wiele się zmieniło, dostałam wtedy narzędzia i wiedzę jak stworzyć w sobie przestrzeń, dzięki której mogę zyskać dystans do spraw nurtujących, trudnych i zwyczajnie osłabiających. Inna sprawa, że czasem jestem zbyt zmęczona (leniwa?) by z tych dóbr korzystać, wtedy spotkania z nauczycielem i sanghą dodają mocy.
Właśnie w takim polu mocy znalazłam się w czwartek w Dublinie. Kilka godzin z lamą - wspólny obiad, później jego wykład, wreszcie medytacja, która swoją energetyką sporo się różni, niestety, od mojej indywidualnej, w domu - to wszystko sprawiło, że znów na chwilę życie wydało się naprawdę proste, problemy mało realne, a na pewno rozwiązywalne, znów poczułam co jest rzeczywiście ważne.
Wiem, że regularną medytacją mogę ten stan przywołać, zachować, rozwinąć, wiem, że kluczem jest praktyka. Oczywiście w moim codziennym życiu, w które problemy, a zwłaszcza nielubiana praca włażą w ubłoconych buciorach, jest mi trudno się zmobilizować, znaleźć czas i siłę. Paradoksalnie jednak, to najprostszy znany mi sposób, by się do tych trudności zdystansować, by odebrać im niszczącą siłę. Proste? I trudne zarazem.
Od dziś wracają powakacyjnie spotkania naszej małej grupy medytacyjnej.
Dobrze. Najwyższy czas powrócić na Drogę.
________________________________________
krokodyle 2011-09-19 10:43:06 skomentuj (0) zebranie kadry Deszczowe niedzielne popołudnie, siedzimy we cztery u M. w towarzystwie rodzin i znajomych. Znów "zebranie kadry", przeniesione z naszego ośrodka w Łodzi do kuchni domu na Raheen. Ile to już lat tutaj? - wyliczamy. Pięć, siedem. A razem? kilkanaście. Inni mężczyźni wokół, inni znajomi, inne powietrze. Inne tempo zdarzeń. Ale śmiejemy się tak samo; z siebie, z przeszłości, swoich pomysłów i wariactw. A gdy się śmiejemy skóra wokół naszych oczu marszczy się delikatnie. I to też się zmieniło w ciągu tych kilku lat.
Jest ciepło, bezpiecznie. Jest bardzo smacznie, bo na stole egzotyczny, wenezuelski obiad. Wino, gwar, śmiech dzieci. Tak, wszystko się zmieniło wokół nas, wykreowałyśmy calkiem nową rzeczywistość, ale dziś, tu, nad tym stołem jest tak, jakby czasu nie było.
Nieczęste te nasze "zebrania". Każde przynosi potwierdzenie: dobrze, że wciąż jesteśmy.
________________________________________
krokodyle 2011-09-12 11:33:09 skomentuj (1) co usłyszał Gerwazy "...
- Co on zrobił z tymi królikami?!
- ??? To są kury.
- Oczywiście, że króliki!
- Kury. Gdyby to były króliki, miałyby uszy. Widzisz tu gdzieś uszy?
- No właśnie o tym mówię!
..."
________________________________________
krokodyle 2011-09-11 23:02:13 skomentuj (0) za dobra na awans Na drugim biegunie zaś zima.
Taką z grubsza opinię usłyszałam od mojej szefowej:
- Nie miałabym nic przeciwko obsadzeniu cię na tym wolnym stanowisku, ale twoje bezpośrednie przełożone są przeciwne i właściwie przyznaję im rację. Wiesz dlaczego? Bo jesteś dobra w tym co robisz i potrzebujemy cię właśnie tam.
Bardzo, kwa, dziękuję. Moje bezpośrednie przełożone to nie jakieś tam wydumane menadżerki, to moje koleżanki, z którymi zdarza mi się pić wódkę, kiedy chcę się zresetować. A przekaz jest dość prosty: będziesz do końca swoich dni tutaj wykonywać czarną robotę, bo się do niej nadajesz, a awansujemy kogoś, kto jest w niej cieniasem. Czarna robota, czyli bycie po prostu kelnerką, nie jest zła, jest zwyczajnie ciężka, szczególnie w standardzie, który sobie obrałam. Zwolnione właśnie stanowisko opiera się głównie na miłym uśmiechu, dobrych manierach i kilku technicznych umiejętnościach, których opanowanie osobie o średniej inteligencji zajęłoby godzinę. A przede wszystkim nie jest wyczerpująca fizycznie, choć pewnie dla wielu byłaby nudna. Nie dla mnie, ja jestem zbyt zmęczona ciągłymi przesunięciami: restauracja - bar - restauracja: zawsze tam, gdzie najwiecej pracy. I zbyt zmęczona aby utrzymać dotychczasowy poziom. Niestety, nie mam już dwudziestu pięciu lat i choć uważam się za sprawną fizycznie, to jednak jako najstarsza w teamie, cierpię na powolny spadek wydajności.
A teraz jeszcze motywacji...
Co prawda są osoby, które mi bardzo kibicują, co prawda ostatecznie moja szefowa postanowiła rozważyć moją kandydaturę, jeżeli w ogóle obsadzi to stanowisko, bo zapotrzebowanie na nie wraz z końcem lata spadło; ale jeśli nie to co? Otóż nic. Przecież nie obrażę się i nie rzucę tej pracy. Moje dochody z innych zajęć są wciąż marginalne i nie mogę na nich oprzeć budżetu, a to nie zmieni się szybko. Poza tym bardzo lubię swoje mieszkanie, a zwłaszcza kwotę czynszu i nie mam ochoty szukać na razie innego, co nieuchronnie musiałoby nastąpić. I te wszystkie dane są dla "góry" oczywiste. Muszę więc zacisnąć zęby i cieszyć się z tego co jest.
Mówiąc krótko, mają mnie w garści.
________________________________________
krokodyle 2011-09-08 10:35:21 skomentuj (11) nowa praca Hotel George, znajomy bar, recepcja, kąty. Tylko late już nie ta sama, kiedyś byli jedynym w Limerick przedtawicielem Starbucksa, dziś to po prostu zwyczajna, dobra cafe late. Justin wspomina Małgorzatę. Uśmiecha się przy tym.
Wita się z Johnem.
- Marzena pracuje dla ciebie? - pyta.
- Tak, pomaga mi trochę. - krótko kwituje John główne zadanie mojej nowej pracy. Krótko i celnie.
Z nieba mi spadła ta praca, w okresie aktywności cudów. Może nieduże pieniądze, może trochę dziwna formuła, niewiele godzin. Ale raz w tygodniu muszę ubrać się w miarę porządnie, zapakować laptopa i zasiąść w hotelowym barze z naprawdę interesującym, choć czasem niepokojącym człowiekiem. Uwierzył we mnie na podstawie rekomendacji Ważnej Persony, która widziała mnie dwa razy w życiu, ale również we mnie uwierzyła. Do dziś uważam to za jeden z większych cudów i równie duże wyzwanie.
Spotykamy się z reguły w poniedziałek. Zaś w środę pracuję w domu, przesyłając mu tylko efekty tej pracy. Miła odskocznia od biegania po restauracji w uświnionym czarnym fartuchu. Głównie rejestruję transakcje finansowe i ponoszone koszty, ale przy okazji odbudowuję wiarę w siebie, w czym mój szef z niepojętych dla mnie przyczyn bardzo mi pomaga. I tak już parę miesięcy.
Od zeszłego tygodnia jednak nowe perspektywy. Zaczynamy szkolenie z zakresu marketingu internetowego. - Nie musisz tego robić - mówi - ale jeśli chcesz, wszystkiego Cię nauczę. Może Ci się kiedyś przyda, a może będziesz mogła mi pomóc w pracach dla moich klientów.
Mówi też o innych planach, nowych projektach. Mówi o nich również Ważna Persona. Gdzieś w tym wszystkim widzą miejsce dla mnie, choć zbyt piękne to wszystko, bym mogła w to łatwo uwierzyć. Gdyby te plany miały się zrealizować i gdybym miała być ich częścią, mogłabym po raz pierwszy od dawna poczuć wreszcie satysfakcję z wykonywanej pracy. Ale pewne jest tylko to, co się już wydarzyło. Życie przynioslo mi w tej materii niejedną bolesną lekcję.
Na razie zatem czekam, w napięciu krzyżując palce.
To taka lokalna wersja zaciśniętych kciuków.
________________________________________
krokodyle 2011-09-05 22:41:31 skomentuj (5) Zośka Śniła mi się w niedzielę wczesnym rankiem, że się nią opiekowałam pod nieobecność mamy, przytulałam, usypiałam, bawiłam - generalnie spędzałam z nią czas. Sen sprowokowany zostal niewątpliwie zapowiedzią wizyty na niedzielne popołudnie, wizyty, która zresztą się odbyła. Zośka przyszła z tatą, choć fakty są takie, że to tata zabrał Zośkę, udajac się w odwiedziny do Kolegi. Mieszkanie wypełniły glosy z kseskówek, piskliwy acz dźwięczny śmiech i dziecinno - dorosłe słowa w trzech językach. Zośka skupiała na sobie całą naszą uwagę, a ja mimo, że zmęczona i mocno przytłumiona, z trudem odrywalam od niej wzrok. Trzylatka o urodzie porcelanowej laleczki, stwierdzajaca z powagą, że kiedy była dzieciem mieszkała u mamy w brzuchu. Przyłapałam się na myśli, że mogłabym śnić ten poranny sen dalej.
To wyjątkowo urocze dziecko. Wydaje się, że każda włożona w opiekę nad nią chwila zwraca się wielokrotnie radością. I wydaje się to mnie, która nie jestem w żaden konkretny sposób związana emocjonalnie z tą dziewczynką. Jednakże nie chodzi tu oczywiście o samą Zosię. Dzieci nie śnią mi się od wczoraj, a znacznie dłużej, kobiety w ciąży wyrastają w okolicy jak grzyby po deszczu i zdecydowanie częściej zauważam pary dzietne, niż te dzieci pozbawione.
Nie ma ta opowieść puenty, ani nawet jakichś odkrywczych wniosków, ot luźne obserwacje świata i mnie samej. Oraz myśli coraz gęściej biegnące tym samym torem, żlebiące powoli bruzdy na moim czole - trochę zatroskane, a trochę zdziwione. I bardzo zaniepokojone złowrogim tykaniem zegarów.
________________________________________
krokodyle 2011-08-22 13:26:41 skomentuj (2) co usłyszał Gerwazy - Fajną muzyczkę puszczasz.
- To nasz polski Chopin, polski Możdżer i... amerykański zgniły jaaaaazzz...
________________________________________
krokodyle 2011-08-07 00:34:46 skomentuj (0) happy - thank you, more please Taki film ostatnio oglądałam. Jest o pęknie. I o miłości, pozytywnie. Zagrał na moich strunach, a z jego tytułem utożsamiam się w stu procentach, podobnie jak zgadzam z myślą przewodnią.
Polecam go z całego serca zwłaszcza Wam, kochane moje Kobiety, z którymi rozmawiam zbyt rzadko, przy których jest mnie zbyt mało i których wciąż mi brakuje. Polecam szczególnie, na pocieszenie, że w tym chorym świecie skomplikowanych relacji i niespełnionych oczekiwań można, wciąż jeszcze można być szczęśliwym. To się naprawdę zdarza.
Więc - tak, more please, także dla Was dziewczyny.
_______________________________________
krokodyle 2011-08-03 15:38:55 skomentuj (0) niedziela Zwykle ciągnęła się niemiłosiernie, wlokąc za sobą nieuchronne widmo poniedziałku. Z jednej strony nuda i nieznośna, bo złowroga cisza, z drugiej chęć zatrzymania każdej z szarych minut tylko po to, by oddalić poniedziałek. Te same rytuały, ten sam niepokój przed nowym tygodniem, to samo masochistyczne oczekiwanie na niechciane. Niedziela była koszmarem przez większość mojego życia.
Ale nie teraz. Gdy pracuję, różni się od innych dni jedynie ilością skacowanych gości w barze, zaś kiedy mam wolne....
Cudowi zawdzięczam chyba tylko kolejną wolną niedzielę z rzędu. Nie, żeby była akurat ważna ze względu na swoje uniwersalne wartości. Jest ważna, bo to jedyny dzień tygodnia, jaki ostatnio możemy dzielić z Kolegą. Bezcenne.
I nie ma znaczenia, czy jedziemy 120 kilometrów, by zjeść na serwetkach zabrany ze sobą lancz pod pałacem w Killarney, czy lądujemy przypadkiem w nieznanym nikomu Birr, gdzie odkrywamy skarby muzeum astronomiczno - fotograficznego i magiczne ogrody wyjęte wręcz z powieści Frances Burnett. Świat wokół nas ma tyle do zaoferowania, tylko chcieć to wszystko brać.
Dziś kolejna wspólna niedziela - ryk silników bolidów, zapach tartej gumy na asfalcie i najpiękniejsze auta, jakie ta ziemia na sobie nosila. Pierwszy Irlandzki Festiwal Szybkości w parkach urokliwej wioski Adare: tłumy ludzi i zgiełk, i kolory, i zachwyty.
I znów razem. Zmęczenie, obiad już w innym hrabstwie, dobry film po powrocie do domu. Nawet nie myślę o tym, że jutro zaczynam o siódmej.
Obiecaj mi, że nie zgnuśniejemy, że nie spoczniemy na niedzielnych kanapach, z pilotem jako towarzyszem i zegarem odliczającym ostatnie wolne godziny. Obiecaj, że nie powrócą tamte niedziele, ze ściśnietym niepokojem żołądkiem i snem na oczach późnymi popołudniami. Obiecaj tę radość, którą dają proste rzeczy, że zawsze bedziemy chcieli jej szukać.
No cóż, odpowiadam sama sobie, zrobię co w mojej mocy.
________________________________________
krokodyle 2011-07-31 23:25:42 skomentuj (1) |
małe co nieco kuchnia wo pascal kwestia smaku every cake closest carol fru karmelowa kolega wędruję asjenka spinacze margot soltera myszy weronika aa2 maginezja |
|
|