księga gości

2012
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2011
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2010
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
2009
grudzień
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2008
grudzień
listopad
październik
wrzesień

cry baby
Było tak cudownie, że pisanie o tym zupełnie nie ma sensu. Toteż zamilknę, tym bardziej, że mnie z żalu zatyka. Codzienność do mnie wraca, a ja do niej nie chcę. Jak już się ogarnę to napiszę jak jest, bo ponoć są jeszcze tacy, co chcą o tym czytać.
________________________________________
krokodyle 2012-05-18 11:05:20 skomentuj (2)
irlandzkie lato to taki piękny dzień!
Mamy lato w Irlandii. W tym roku przed wiosną, ale to nic nie szkodzi. Wiosna chyba ma się zacząć po świętach i pewnie potrwa aż do jesieni, czyli jakieś trzy tygodnie. Cieszmy się zatem tym co jest.

A jest tak pięknie, że wszystko co przez ostatnie tygodnie spędzało mi sen z powiek, skryło się w burych cieniach. Wylezie, ale jeszcze nie dzisiaj. Dzisiaj mam mnóstwo energii, siły i pewności, że się ułoży, i smętny rysunek faktów aktualnie mnie nie wzrusza. Wstaję wcześniej niż zwykle, robię więcej niż zwykle, sprzątanie sprawia mi frajdę, a słońce oślepia nawet w mieszkaniu. Kreślę plany dalekie i bliskie, wszystko wydaje się możliwe, a rzeczywistość zaprasza do aktywności i zmian. 
Niewiarygodne, jaki wpływ na postrzeganie świata wnosi w życie człowieka światło.

Moim światłem, obok słońca, jest wiadomość roku, czyli wizyta Toi w maju. Spotkanie z Sis po ponad trzech latach, w Irlandii nasze pierwsze. Wszystko blednie, nawet wymarzona podróż do Pl teraz otulona mgłą drugiego planu. Cokolwiek o moim szczęściu napiszę zabrzmi banalnie, więc oddam się radosnym planom i słodkiemu oczekiwaniu. 
I błogości - przynajmniej dopóki trwa irlandzkie lato.
________________________________________
krokodyle 2012-04-02 23:25:29 skomentuj (2)
w sprawie rodziny W.
Jak czytam komentarze tych wszystkich nieomylnych, sprawiedliwych i rzecz jasna niewinnych chrześcijan pod artykułami na Gazeta.pl, to mi tęsknota za Polską mija jak ręką odjął.
________________________________________
krokodyle 2012-03-01 17:41:07 skomentuj (3)
dobry dzień
Sobota, słoneczna od rana, choć chłodno. W skrzynce email z informacją, że po kilkutygodniowym procesie rekrutacji i selekcji, zakwalifikowałam się do programu szkoleniowego przygotowującego do wolontariatu w ramach organizacji Samaritans. Radość z sukcesu. I wyzwanie. 
A to dopiero początek dnia.

Konieczne zakupy: we wtorek oficjalne otwarcie biura - zaproszeni goście, gala, te sprawy - sukienkę udaje mi się kupić już w trzecim sklepie, za cenę średniej jakości, ale przyzwoitego wina. Nie wiem, czy to nie większy sukces niż mail od Samaritans. W kategorii prawdopodobieństwa, nie ważności, rzecz jasna.

Spotkanie z Polą w porze lanczu. Słońce w ogódku kawiarni, w której siedzimy, zapach lawendy przyniesionej przez nią z targu. Spokój i relaks, myśli o lecie, planach - pogodne i radosne. Na tej fali trochę, po powrocie do domu finalizuję rezerwację lotu powrotnego z Polski - to oznacza, że wakacje już zaklepane. Polsko, get ready! Przybywamy! Słońce w kuchni tak intensywne, że muszę zasłonić okno. 

Jeszcze tylko praca. Co dobrego może mnie tam spotkać? Dziewczyny, które lubię - przebywanie z nimi zawsze jest przyjemne, ale i tak nie czekam na swoją zmianę. Więc idę - jak zwykle - gotując się na ciężki wieczór. A tu niespodzianka: wygrana w pracowe lotto!! Pierwszy raz odkąd zaczęłam grać! Oczywiście majątek to nie jest, ale zwraca się dzisiejszy zakup i jeszcze połowa biletu! A w dodatku udaje nam się skończyć wcześnie i bez powłóczenia nogami ze zmęczenia. Więcej takich sobót poproszę!

Nie wiem co decyduje o tym, że w długim paśmie dni szarch i bez znaczenia pojawia się jeden - jak kumulacja - i zgarniasz wszystko, co w tym dniu do zgarnięcia. Planetoznawcy mają na to z pewnścią wyjaśnienie, ja się na tych gwiezdnych tranzytach nie znam wcale.  Ale może dzięki temu właśnie nie tracę nadziei, że ten promyk słońca sobotni to początek długiej i radosnej letniej pory, choćby i gęsto przecinanej deszczem. 
________________________________________
krokodyle 2012-02-28 01:57:04 skomentuj (6)
Cluain Dara i smaki wiosny
Wiosną zapachniało mi i zasmakowało, a chwilę później uświadomiłam sobie, że wiosną właśnie smakuje mi Cluain Dara i wspomnienia kulinarne z tego pierwszego, sprzed laty spotkania z tym miejscem. Kilka miesięcy zajęło mi odkrycie tej prawdy, bo wróciliśmy tu późną jesienią i spędzilismy zimę, a Cluain Dara to lato przecież, a lato tutaj jest jak półroczna wiosna. I dziś właśnie te zapachy i smaki ożyły mi w głowie zbudzone łagodnie popołudniowym posiłkiem. I wszystko nagle sobie przypomniałam.

Bo to przecież tutaj te znoszone z francuskiego targu sery: słodkie, orzechowe żółte i te z białą skórką aksamitnej pleśni, i te z mozaikami tej niebieskiej. I twarożek z orzechami włoskimi na kromce chrupiącego francuskiego chleba, czy pełnoziarnistej bułeczki. I pasztet z kaczki tak delikatny, że w ustach się rozpływał, i koktajlowe pomidorki - słodkie i intensywnie pachnące, tak niezwykłe dla tej przesiąkniętej wodą, zielonej wyspy. I oliwki, i oliwki, i oliwki. Z czosnkiem, nadziewane migdałami, czy skąpane w zalewie z tymianku lub chili. I papryczki maleńkie, ale piekielnej wręcz mocy, wypełnione po brzegi delikatnym białym serkiem lub pastą z tuńczyka. I masło  - śmietankowe, słodkie i pachnące, i cieniuteńkie plasterki parmeńskiej szynki, i między tym wszystkim zgryzane, sokiem z ust spływające winogrona.... Sauvignon Blanc iskrzyło radośnie w wypełnionych słońcem tumblerkach, śniadania królów to były, nie tylko mistrzów! A potem spacer, dusznymi od żółtych kwiatów gorse ścieżkami, albo podróż gdziebądź; lato, światło, radość...

I to wszystko dziasiaj, od kromki gruboziarnistego chleba z delikatnym serkiem ziołowym i ćwiartką czerwonej papryki... No i może też od tego słońca, co w drodze do pracy między drzewami, i może trochę od tych żonkili, co szpalerem przy drodze z pracy, gęsto pochylają ciężkie głowy...
________________________________________
krokodyle 2012-02-23 18:00:36 skomentuj (4)
shannon bridge
Dziś, podczas moich obu zmian w pracy - porannej i wieczornej, w rzece Shannon utonęły kolejne dwie osoby. Znów na własne życzenie. To od świąt daje średnią - jeden skoczek tygodniowo.

Ulubionym dniem samobójców jest niedziela - i to mnie nawet nie dziwi. Ale dlaczego wybierają taką śmierć? I czemu akurat TEN most? Może dlatego, że skuteczność ma właściwie 100-procentową, o czym lokalne gazety piszą chętnie. A może dlatego, że tu kończy się miasto i jest nikła szansa, że nikt skoku nie zauważy? Są zdeterminowani i naprawdę chcą umrzeć. I im się to udaje.

W 2010 roku w Irlandii odebrało sobie życie 486 osób. W wypadkach samochodowych w tym samym czasie zginęło ponad dwukrotnie mniej. To przerażające statystyki. Z każdą kolejną akcją ratunkową, której jestem mimowolnym świadkiem, robią na mnie coraz większe wrażenie. 

Restauracja, w której pracuję, z trzech stron otoczona jest wodami Shannon. Klienci zawsze chcą stoliki przy oknach, bo widoki z nich są przepiękne. A my nie umiemy już patrzeć na tę rzekę inaczej niż z niepokojem. 
________________________________________
krokodyle 2012-02-06 00:04:23 skomentuj (2)
zgasła iskierka
Ze smutkiem żegnam Panią Szymborską. Kawał pogody ducha nam z tego świata odeszło. 
________________________________________
krokodyle 2012-02-02 22:47:30 skomentuj (0)
podsumowując
Publicznie chciałabym podziękować styczniowi, że się zawinął i wreszcie skończył oraz poprosić luty o porządną dawkę optymizmu, bo się po jego poprzedniku bardzo przyda.
________________________________________
krokodyle 2012-02-01 10:21:01 skomentuj (0)
na kanapie siedzi leń
Słodkie lenistwo ponoworoczne mię dopadło i wyraźnie się z nim zaprzyjaźnilam. Już trzeci tydzień odkładam zebranie się do tzw. kupy i podjęcie działań konstruktywnych, ale... jakoś nie mogę. Kolejne poniedziałki upływają na skutecznym wyszukiwaniu usprawiedliwień dlaczego dziś nie jest odpowiedni dzień, zaś od wtorku jakoś się nie składa... Więc może po niedzieli?

Najchętniej zrzuciłabym wszystko na Doktora House'a. Albo na "Grę o tron" w wersji na papierze, bo to z nimi najwięcej marnuję czasu. Ale jakie piękne to marnotrastwo! Za oknem bura jesień (jak zwykle), a kanapa wygodna, kocyk cieplutki, lody czekoladowe. Czy to naprawdę taka wielka zbrodnia poodmóżdżać się przez chwilę po wydarzeniach co w konsekwencji zmuszają do odmóżdżenia? Więc zaslonię się raczej zmęczeniem, czy może trochę wypaleniem, a może prawem każdego wolnego czlowieka do nic-nie-robienia od czasu do czasu. Zaś Gregory House po prostu dotrzymuje mi towarzystwa.

Poza tym nie jest jednak tak, że leniuchuję totalnie. Przecież pracuję. I to z przyjemnością, co zaczyna być niepokojące. Poza tym załatwiam Sprawy, co przypomina ostatnio prace na wyrobisku - zmagam się z materią i czynnikiem ludzkim. Materia to głównie moje niedawno nabyte auto, czynnik ludzki zasiada przeważnie w telefonicznych centrach obsługi klientów. Wystarczająco dużo energii zużywam na powyższe, żeby zostało mi jej akurat na uniesienie w dłoni pilota. 
Rozgrzeszające? W moich oczach jak najbardziej. I to mi chwilowo w zupełności wystarczy.
________________________________________
krokodyle 2012-01-22 01:58:24 skomentuj (5)
Nowy Rok Davida
David pożegnał swoją dziewczynę jakiś miesiąc temu. Przypadkiem, w drodze do mechanika mijałam kondukt - szedł w pierwszym rzędzie. Zmarła na raka, nie dożywając ćwierćwiecza. David wziął kilka dni wolnego, ale gdy wrócił, był pogodny jak zwykle, pracowity jak zawsze, pomocny jak mało kto. Patrzyliśmy na niego z podziwem i pokorą wobec jego siły i niezłomności w tym spotkaniu ze śmiercią.

Nowy Rok, godzina 10 rano, śniadanie w restauracji, próbuję zapanować nad gośćmi tłoczącymi się przy drzwiach. W tym samym czasie młody chlopak na nabrzeżu 50 metrów od nas zapala kilka świec, potem skacze do rzeki. Niecałą minutę później jest już przy tarasie baru. David to widzi, biegnie mu na pomoc, rzuca koło ratunkowe, wyciąga do niego ręce. Ale chlopak tylko patrzy, ręce ma skrzyżowane na piersiach i nie sięga po unoszące się obok koło. Chwilę później znika pod powierzchnią wody, a oddział ratunkowy, ten sam, który tydzień temu szukał tu wigilijnej samobójczyni, choć przybywa 5 minut później, potrzebuje już całej godziny na to by odszukać ciało chłopaka. 

Magda, szczera i otwarta dziewczyna widzi zmagania Davida, w odruchu serca, nieśmiało chce go przytulić. David patrzy na nią przez chwilę, uśmiecha się pogodnie i mówi: A właściwie czemu nie? Potem idzie do domu, bo choć na jego twarzy ani śladu dramatu, nie jest dziś już w stanie przebywać w tym miejscu. 
Nie chcę sobie nawet wyobrażać, jakie ma przemyślenia na temat życia, o które jedni walczą na jego oczach zażarcie, inni równie zażarcie je sobie odbierają. I na temat śmierci, która tak blisko, krok w krok przy nim, jak cień. Ale mam nadzieję, że gdy go znów pod koniec tygodnia zobaczę, będzie miał na twarzy ten swój pogodny uśmiech. 
________________________________________
krokodyle 2012-01-02 14:41:09 skomentuj (4)
słodko-gorzko
Sylwester, wracam z pracy 20 minut po północy, kończąc tym samym koszmarny wieczór i całkiem dobry, niezwykły rok. Nowemu - analogicznie -dobrze wróży fakt, że rozpocznę go fatalnie, bo pracą od 6.30. Oczywiście poranek wśród niewytrzeźwiałych klientów i półprzytomnych koleżanek może być znacznie lepszy od dzisiejszego wieczoru, ale to nie będzie duże jego osiągnięcie bo trudno znależć okoliczności, w których mógły być gorszy. Ale nic to, upiorny wieczór został w starym roku.  Smutny i w moim mikroświecie pracy nasycony fetorem rozkładu, trudno uciec myśli, ze to zapowiedź czegoś większego, że może to, co śmieszy u proroków, znajdzie gdzieś wreszcie potwierdzenie i kolejnego Sylwestra nie będzie. Przyjaciel zwierza się, że świat go załamuje. Myśle, że świat ledwo daje radę sam ze sobą. Ja mam na szczęście dużo wiary w ludzi - wciąż wszystko w naszych rękach, naprawdę możemy więcej dobrego niż się nam samym wydaje.

Na fali tego optymizmu podejmuję noworoczne postanowienie - za rok nie będę pracować w Sylwestra. Młodziutka pani menadżer, dla której świat gdzieś między pracą a ośmiopakiem redbulla się kręci odpowiada z przekonaniem, że tak się zawsze mówi, ale to i tak się nie zdarzy. Fran nie wie, że moje postanowienie ma trochę szerszy wymiar - za rok nie będę tu już pracować, może wręcz zdążę o tej pracy zapomnieć. Mogę się nawet założyć - jeśli rok 2013 rozpocznę w tym samym miejscu, będzie to dla mnie taka kastrofa, że przegrany zakład niczego nie zmieni. Ale Fran już nie ma, krąży gdzieś w swoim świecie, już zapomniała, że w ogóle rozmawiałyśmy. Potem śmiejemy się wszystkie na tarasie, pijemy szampana, glośno krzyczymy, że happy new year! Niektóre nawet żarliwie. Próbuję zapalić papierosa - usprawiedliwiam się końcem roku, końcem koszmarnej zmiany, eksperymentuję. - Teraz już wrócisz do palenia - wyrokuje Fran. Jak te siksy wszystko wiedzą. Symbolicznie niemal ciało się broni - po 6 zaledwie miesiącach abstynencji duszę się i papieros ląduje w Shannon. 

W domu pusto, namówiłam Kolegę na imprezę u kumpli. Jest Baileys, jest internet, wciąż 4 godziny snu. Nawet na osiedlu robi się już cicho. To ten etap, gdy imprezy przenoszą się do kuchni, a czasem i łazienek. Jest ciszej, bełkotliwiej, bardziej chwiejnie. Dla mnie to dobry czas, by zasnąć, nie używając zatyczek do uszu.

Dobrych postanowien Noworocznych Wam życzę, takich, które dacie radę zrealizować.
________________________________________
krokodyle 2012-01-01 02:36:26 skomentuj (0)
"...nikt się nie dowie jako smakujesz, aż się popsujesz..."
Po dwóch dniach w łóżku poczułam się lepiej, więc w piątek poszłam do pracy. Tam poczułam się gorzej, więc wyszłam wcześniej niż wszyscy, załatwiając sobie ewentualne ulgowe traktowanie na sobotę. Ale w sobotę rano było trochę lepiej, więc pognałam do pracy na pełne 9 godzin, mając na uwadze, że choć ten Belfast za grosze, to jednak na benzynę przydało by się zarobić. Skutek był taki, że w niedzielę nie wiedziałam jak się nazywam i po 3 godzinach w pracy zostalam z niej wygoniona prosto do łóżka, gdzie spędziłam resztę dnia we łzach, bólu i darciu oskrzeli. Dziś niby lepiej, zaraz wyruszam na wieczorną zmianę i tylko mogę się domyslać jak będzie jutro.

Wszystkie podstawowe leki już zużyłam bez większych jak widać efektów, więc sięgnęlam po działo w postaci antybiotyku. Uwarzyłam też rzygotwórczy sok z cebuli jako lek ostatniej szansy i sięgnęłam po amol, nad którego naparem wiszę teraz dwa razy dziennie. To seria prawdziwych  poswięceń. Mam już naprawdę serdecznie dość chorowania.
Wszystkim na święta zdrowia przede wszystkim.
_______________________________________
krokodyle 2011-12-19 17:44:28 skomentuj (4)
nie jest tak źle
No i leżę chora... Znowu szpital w domu, oboje ledwo żyjemy. Ale to nic. Bywało gorzej.

Bo tak naprawdę wcale źle nie jest. Prawie tygodniowa wizyta Agnieszki i krótkie odwiedziny Dominiki i Michała utwierdzily mnie w przekonaniu, że pewne rzeczy się nie zmieniają. Nie ma znaczenia jak długo nie widzisz swoich przyjaciół - gdy już się z nimi spotkasz jest tak, jakby od ostatniej rozmowy minął tydzień. Szkoda, że nie jest tak rzeczywiście, no ale nie można mieć wszystkiego. Dom opustoszał, zrobiło się cicho, a życie szybko wskoczyło w codzienne tory. Choć dzisiejsza codzienność różni się nieco od tej sprzed miesiąca.

Więc nowy dom. A właściwie mieszkanie. Dwupoziome, przestronne i przede wszystkim ciepłe. Landlord irytujący, ale chyba odpuszczę sobie egzekwowanie jego pustych obietnic. Zwyczajnie mi się nie chce i chyba niespecjalnie warto. Oczywiście finansowo na całej tej niechcianej przeprowadzce znacznie straciliśmy. Ale niezależność, którą przy tej transakcji nabyłam, już mi się przydaje. 

Bo otóż... Alleluja! Ruszyło wreszcie biuro! Cud jaki albo co, bo wiadomość przyszła nagle i zupełnie niespodziewanie, wręcz krzyżując mi krótkoterminowe plany. Wszystko oczywiście udało się pogodzić i do mojego cotygodniowego rozkładu wpadło 15 regularnych godzin. Jestem obecnie na etapie zakochiwania się w mojej zupełnie nowej roli, choć dwudniowe szkolenie w Dublinie pokazało dość jasno, że nie będzie ona specjalnie łatwa. Jednakże jest to jedno z tch wyzwań, które podejmuję chętnie i z dużą dozą optymizmu. W końcu marzyłam o takiej pracy. Naturalnie, jej wymiar czasowy nie daje możliwości utrzymania się, ale jest szansa, że w przyszlości i to się zmieni. Bardzo proszę trzymać za mnie kciuki. Hotel oczywiście spada w mojej hierarchii na plan dalszy, ale nadal jest i nadal doceniam fakt, że moge tam jeszcze coś zarobić. Przyznam jednak szczerze, że przy pierszej okazji zamiany tej pracy na inną nie zawaham się. I zaczynam wypatrywać takiej właśnie szansy bardzo pilnie.

A tymczasem święta nadchodzą wielkimi krokami. Ani choinki, ani zakupów, ani porządków. Nic. Gdy jednak pada pytanie, czy już mam wszystko gotowe, odpowiadam zgodnie z prawdą, że owszem. No bo hotel już opłacony, kolacja świąteczna zarezerwowana, a plan podrózy rysuje się delikatnie, bez szczegółów, kolejnych punktów i konieczności ich realizacji. Najważniejsze, że znów jedziemy do Belfastu i spędzimy tam 2 dni z daleka od piekarnika, odkurzacza i narzekań,że prawdziwe święta to tylko z rodziną, w Polsce. 

Bylebyśmy do tego czasu wydobrzeli. Kolega niedomaga już blisko 2 tygodnie, ja niecały tydzień... W tym czasie normalna praca, szkolenie, sprawy do dogrania. Dziś pierszy dzień dyspensy i mogłam zalec w łóżku. 
Mimo wszystko naprawdę bywało już gorzej...
________________________________________
krokodyle 2011-12-14 11:36:11 skomentuj (5)
disconnected
Trzy dni bez internetu pokazały mi jak jestem przywiązana do tego medium, a wypadający uparcie z konwertera kabel przypomina, że TV też gdzieś w czołówce moich prywatnych technologicznych hitów. No cóż, dziecko cywilizacji jestem. Mogę sie obejść bez wynalazków, ale chyba nie lubię. Przynajmniej dopóki nie dopiszę sobie do tych wyrzeczeń jakiejś ideologii.

Bez większych zakłóceń okno na świat będę miała jeszcze jutro. A później to nie wiadomo, zobaczymy jak sprawnie nowy operator mnie podłączy.

No bo właśnie. Znaleźliśmy mieszkanie i jesteśmy w procesie przeprowadzkowym. 
Chyba nawet już w połowie tego procesu.
________________________________________
krokodyle 2011-11-15 01:14:47 skomentuj (2)
co słychać?
No więc w sferze faktów jest średnio. Zmiany się kotłuja pod powierzchnią, czasem wypłynie jakiś bąbelek, czasem pęknie, zdecydowanie więcej smrodu  niż nadziei przynosząc... Nierozerwalne dotąd praca z mieszkaniem biorą nagły rozwód i trza się zwijać. Się i cały majdan. Jakaś sucz z sąsiedztwa znudzona przydługim umieraniem w ramach self entertainmentu doniosła do urzędu miasta, ze hotel nielegalnie wynajmuje mieszkania. No i okazało się, że faktycznie jest problem, więc wszyscy won. No, prawie wszyscy, ale w tym przypadku "prawie" nie stanowi różnicy. W każdym razie nie dla mnie. 

Rozwód, jak powszechnie wiadomo, oznacza koniec zobowiązań, więc tu akurat jest powód do radości. Zwijając majdan, mogę bardzo uprzejmie zawinąć się również i z hotelu - matki. I przyznam szczerze, byłoby to spełnienie marzeń. No ale jak wspomniałam, zmiany pod powierzchnią, więc wciąż nie bardzo wiadomo co z moją drugą pracą, a zbyt lubię jej ideę, by zarzucać tę perspektywę zanim sama definitywnie przejdzie do historii. Na razie niby coś tam, niby wkrótce, niby "pracujemy nad tym", ale wszystkie te zapewnienia, co w ogóle mnie nie dziwi, nie są poparte żadnymi konkretami. Irlandzki miesiąc trwa nawet do pół roku, nic dziwnego, że tu zawsze jesień plus trzy tygodnie zimy. Wszystko na tej zasadzie działa. 

Więc koncentruję się na przeprowadzce, pracę generalnie olewając, co pewnie nie jest najwłaściwszą w dzisiejszych czasach postawą. Zresztą przeprowadzka też mi nie wychodzi, bo oferta rynku nieruchomości jest delikatnie to ujmując, nieatrakcyjna. Brak ruchu czyli jedno wielkie zaparcie, że użyję tej fizjologicznej analogii.

W cały ten burdel za 3 tygodnie przyjeżdża Agnieszka. Dla mnie to jednak słodka perpektywa. 
A i pomoc sie przyda ;-)
________________________________________
krokodyle 2011-11-08 19:50:02 skomentuj (8)
niezamierzone odkrycia
Czego dowiedziałam się w ostatni weekend? Przede wszystkim, że mieszkanie w bloku pełnym znajomych ma swoje plusy, a to, że są oni znajomymi z pracy, rodzi kolejne. No bo gdy niespodziewanie nie możesz wejść do swojego mieszkania, sąsiedzi są pierwszym i podstawowym źródłem pomocy. A sąsiedzi, co znają specyfikę Twego miejsca pracy i Twojego domu są też kopalnią pomysłów. W tej kopalni urabiałam się po łokcie w piątek wieczór. Skutek był inny od zamierzonego, ale pozwolił mi odkryć drugą w ten weekend prawdę:

czasem dobrze, że pracuję w hotelu. No bo gdy już wiesz, że zepsuty zamek, mimo starań zaprzyjaźnionych różnorakich fachowców, nie wpuści cię na noc do domu, udajesz się po pomoc do administratora budynku. A że administratorem jest hotel, zapracowany w piątkową noc na tyle, by nie przysłać ci spodziewanego ratunku, otrzymujesz propozycję planu B, czyli noclegu w pracy. No i to doprawdy wspaniale, że nie musieliśmy spać na korporacyjnych biurkach lub magazynowych paletach - administrator będący jednocześnie moim pracodawcą zaoferował nam komfortowe łóżko w pokoju na dziesiątym piętrze z cud-widokiem na rozświetlone nocne miasto, a na osłodę wszelkiej niewygody - śniadanie zaserwowane przez moją własną supervizorkę. To otarło mi łzy tęsknoty za domem.

Ale żeby nie było zbyt słodko, dowiedziałam się czegoś jeszcze: mianowicie jak to jest, gdy lądujesz na noc w hotelu bez artykułów pierwszej w tym wypadku potrzeby, a przy okazji, ile towarów się w tym określeniu mieści. Na szczęście w Limerick jest jeden (a może dwa?) całodobowy supermarket, w którym mogliśmy zaopatrzyć się w szczoteczki do zębów, 2 komplety bielizny i mnóstwo innych gwarantujących "dzień dobry" drobiazgów. 

Ostatecznie wszystko skończyło się dobrze. Następnego dnia kolega z działu technicznego pokonał wszelkie przeszkody, wymienił nam zamek w drzwiach i wreszcie znaleźliśmy się u siebie. I wtedy, mocno jak nigdy poczułam, że z domem nic nie może się równać.
Ale to akurat nie jest żadna nowa prawda.
________________________________________
krokodyle 2011-10-05 01:05:48 skomentuj (2)
co usłyszał Gerwazy
- Słyszysz? co to? Jakiś pies szczeka?
- Nie, no.... ty coś śpiewałaś...
_______________________________________
krokodyle 2011-09-27 16:47:51 skomentuj (2)
o przemijaniu
Poranny mail przynosi wiadomość o śmierci Stasia. Fakt, ze nie widzieliśmy się od 15 lat redukuje potencjalny wstrząs, ale wieść niewątpliwie mnie porusza. Kolega z licealnej klasy, tyleż zwariowany co kontrowersyjny, chłopak, któremu nie poświęciłam przez te lata żadnej samoistnej myśli, ale każde przywołanie jego imienia wzbudzało lawinę wspomnień. Barwna postać, rozrywka i inteligencja. Od dawna nie było go w moim życiu, teraz odszedł również z życia tych, którzy zawsze przy nim byli. Chorował na raka mózgu.

Wbrew wstępowi, wspomnieniom i minucie ciszy, która jego pamięci się należy, to nie jest wpis o Stasiu. Każda wiadomość o śmierci budzi myśl o przemijaniu, wiadomość o śmierci przedwczesnej przypomina, że to proces poza naszą kontrolą, że nie wiadomo ile czasu jeszcze pozostało. O nietrwałości wszystkiego co złożone myślę nader często, to część mojej codziennej praktyki, również medytacji. Wiem, że wszystko mija, zarówno dobre, jak i złe - sytuacje, emocje, stany. Wiem, że przemija moje ciało i staram się obserwawać to ze spokojem. Ktoś powie - łatwo ci, bo wciąż jesteś młoda. Przykład Stasia i wielu innych uczy, że wiek nie ma większego znaczenia i im szybciej ten fakt zaakceptujemy, tym spokojniejsze będzie dalsze życie, w tym przyjmowanie wszystkiego, na co nie mamy wpływu. Łatwe? Nie, nie oszukuję się. Wciąż nie mam dla siebie recepty na uśmierzenie bólu po stracie bliskich. A przecież przeciętny czlowiek staje wobec tego cierpienia przynajmniej kilkakrotnie. Perspektywa własnej śmierci wydaje się przy tym łagodnym żartem losu. Może dlatego dziś swe myśli kieruję przede wszystkim ku mamie Stasia - jedynej bliskiej mu osobie, którą znałam.

Czytając "na raty" w sierpniowym Zwierciadle artykuł o starzeniu się, trafiam dziś na fragment, w którym Eichelberger mówi: "Kluczowe jest zrozumienie i zaakceptowanie tego, że wszystkie istnienia są nietrwałe i przemijają. Dopiero przyjęcie do serca tej trudnej prawdy skłoni nas do zadawania sobie pytań o naszą prawdziwą tożsamość". I dalej : "Odkrywanie duchowowej tożsamości uwalnia ludzi od lęku, od potrzeby nabywania produktów mających zapewnić bezpieczeństwo, wieczne zdrowie, młodość". 
Dla mnie w dziesiątkę.

Jestem bardzo wdzięczna za fakt, że mogłam zacząć odkrywać własną duchowość i czuję, że ona może dać mi prawdziwe schronienie. Tak się składa, że moja droga to buddyzm, bo on jest mi najbliższy, ale jestem głęboko przekonana, że to w co wierzymy ma mniejsze znaczenie od faktu samej wiary. Ona pomaga oswajać nieuniknione. 
________________________________________
krokodyle 2011-09-26 19:19:38 skomentuj (5)
I can feel like I have a soul that has been saved
Siedzę w kinie z gęsią skórką na całym ciele, ciarki od stóp po koniuszki włosów. Głodna jestem tego dokumentu, głodna muzyki, jakby ta miłość bezkrytyczna, która mnie wypełnia wciąż była niewystarczająca. 

Próbuję zdobyć się na dystans, na jakiś obiektywizm - kobieto, twoj wiek określa się powszechnie na "pod czterdziestkę" nie możesz kochać tak, że ci serce pęka zespołu muzycznego! Walczę z sobą przez chwilę, ale się poddaję. I płynę z dźwiękami, ze strugami deszczu w Seattle, przez historię ich twórczości, dojrzewania artystycznego splecionego z tym zwyczajnym, ludzkim, bo historia ta tak blisko mojej i czasów gdy wchodziłam w dorosłość, gdy sama pokonywałam kolejne etapy i punkty zwrotne. 

Nie uwolnię się od tej miłości, bo gdy słucham ulubionych płyt, wypełnia mnie przetrzeń jak ocean - zamykam oczy i sunę nad falami, a świat ze swym bezkresnym dobrem i złem jest tylko równoległym wymiarem. I chcę móc tak latać, tak właśnie się czuć.

Pearl Jam Twenty, polecam z całych sił, naprawdę świetny materiał, również w oczach tych, którzy nie mają absolutnej korby na ich punkcie.

________________________________________
krokodyle 2011-09-21 19:12:46 skomentuj (0)
Dublin i pola mocy
Po środowej celebracji urodzin Pauliny, w przepięknym wiejskim domu jednej z jej przyjaciółek i w całkowicie babskim 2-pokoleniowym towarzystwie, w czwartkowe wczesne popołudnie zapakowałyśmy się do srebrnej strzały, by ruszyć do Dublina, na spotkanie z lamą Ole. Po ostatnich miesiącach zmagań z pracą, niestabilnością własnego organizmu i odbierającym wszelkie chęci zmęczeniem, przyszedł czas na podładowanie baterii, a wejście w pole energii nauczyciela buddyjskiego jest prawdziwym zastrzykiem sił. Dodatkowo, perspektywa spotkania z Irlandzką Sanghą, w tym ludźmi poznanymi przed rokiem w Bari, czy w czerwcu w Karma Guen, była dodatkową motywacją.

Historia mojego buddyzmu jest krótka, choć jej korzenie sięgają daleko wstecz, do czasów ośrodka w Łodzi, jego i mojego szefa, związanych z buddyzmem przyjaciół, wreszcie byłego męża. Też pierszego spotkania z Ole, które pamiętam dziś bardziej jako wrażenie, niż fakt. Buddyjska filozofia zawsze była mi bliska i choć typem medytującym nigdy nie byłam, znałam teoretycznie wszelkie korzyści płynące z praktyki. W ciepły uścisk Dharmy, a konkretnie linii Karma Kagyu wpadłam przed rokiem, kiedy zainspirowana praktyką Poli, wzięłam udział w kursie Phowa we Włoszech, prowadzonym przez Olego właśnie. Wtedy przyjęłam Schronienie, otrzymałam nowe imię i po raz pierwszy naprawdę poczułam moc medytacji. Od tamtego momentu wiele się zmieniło, dostałam wtedy narzędzia i wiedzę jak stworzyć w sobie przestrzeń, dzięki której mogę zyskać dystans do spraw nurtujących, trudnych i zwyczajnie osłabiających. Inna sprawa, że czasem jestem zbyt zmęczona (leniwa?) by z tych dóbr korzystać, wtedy spotkania z nauczycielem i sanghą dodają mocy.

Właśnie w takim polu mocy znalazłam się w czwartek w Dublinie. Kilka godzin z lamą - wspólny obiad, później jego wykład, wreszcie medytacja, która swoją energetyką sporo się różni, niestety, od mojej indywidualnej, w domu - to wszystko sprawiło, że znów na chwilę życie wydało się naprawdę proste, problemy mało realne, a na pewno rozwiązywalne, znów poczułam co jest rzeczywiście ważne.

Wiem, że regularną medytacją mogę ten stan przywołać, zachować, rozwinąć, wiem, że kluczem jest praktyka. Oczywiście w moim codziennym życiu, w które problemy, a zwłaszcza nielubiana praca włażą w ubłoconych buciorach, jest mi trudno się zmobilizować, znaleźć czas i siłę. Paradoksalnie jednak, to najprostszy znany mi sposób, by się do tych trudności zdystansować, by odebrać im niszczącą siłę. Proste? I trudne zarazem.

Od dziś wracają powakacyjnie spotkania naszej małej grupy medytacyjnej. 
Dobrze. Najwyższy czas powrócić na Drogę.
________________________________________
krokodyle 2011-09-19 10:43:06 skomentuj (0)

małe co nieco
kuchnia
wo
pascal
kwestia smaku
every cake

closest
carol
fru
karmelowa
kolega

wędruję
margot
agradabla
myszy
weronika
aa2
maginezja
stat4u Profesjonalne bezpłatne statystyki www